Nie odchodź w ciszy

„Walk in silence
Don’t turn away, in silence
Your confusion
My illusion

Worn like a mask of self-hate
Confronts and then dies
Don’t walk away…”

Joy Division — Atmosphere

Jesień w Macclesfield jak zwykle przytłaczała. Wieczorami szybko zapadał zmrok, a chmury wiszące nad miastem ciążyły niemiłosiernie nad głowami ludzi. Wszystko sprawiało wrażenie, jakby ktoś wylał na świat szarą farbę.

Teoretycznie, to wcale nie musiała być kwestia pogody. Podobno kiedy człowieka coś gnębi i męczy, wszystko traci kolory i przytłacza niczym skała na ramionach. Powoli przyciska do ziemi. Coraz mocniej i mocniej…

Siwy dym unosił się powoli nad głową brunetki, ubranej w rozwleczony sweter, ciemne spodnie i znoszone buty. Dziewczyna siedziała na huśtawce, rozglądając się dookoła dość nieprzytomnym wzrokiem, a jej myśli były tak samo puste, jak wszystko czego ostatnio doświadczała.

Był rok 1974. Ona miała 16 lat, stała przed wyborem. Opuścić to miasto, czy zostać tu i jak każdy zacząć pracę w jednej z fabryk lub w kolejnym z nowo otwartych sklepików. Dłonie dziewczyny lekko zadrżały. Nie potrafiła podjąć tej decyzji.

W pewnej chwili, z rozmyślań wyrwał ją dźwięk cichych kroków. Dziewczyna zgarnęła ciemne włosy z twarzy i popatrzyła w kierunku, z którego słyszała odgłos. Pierwszy raz od kiedy pamiętała, uśmiechnęła się delikatnie.

W jej stronę zmierzała wysoka, szczupła postać, którą od razu poznała. Chłopak mierzył około stu osiemdziesięciu pięciu centymetrów. Jego ciemne włosy stawiały opór lekkiemu wiatrowi, a niebieskie duże oczy spoglądały w stronę dziewczyny siedzącej na huśtawce.

— Co tak siedzisz? — zapytał w końcu, kiedy udało mu się wspiąć na nieduże wzniesienie.

Ona popatrzyła na niego tylko i odetchnęła głęboko. Sama nie wiedziała, czemu siedziała akurat tutaj, w cienkim swetrze. Gdyby matka ją zobaczyła, zaczęłaby od razu snuć obawy o to, że jej córka złapie zapalenie płuc. Zawsze tak było.

Kiedy on usiadł na huśtawce obok, dziewczyna w końcu przerwała ciszę.

— Myślę — powiedziała tylko i kiedy poczuła ciepło przy swoich palcach, rzuciła spalonego papierosa do kałuży.

Od myślenia już bardzo wielu ludzi umarło — rzucił jej towarzysz w odpowiedzi, na co dziewczyna pokręciła głową.

— Wiem, Ian. — Popatrzyła na chłopaka, którego wzrok błądził gdzieś między starymi budynkami.

Chłopak kołysał się powoli, a jego długie nogi pozostawały na grząskiej ziemi.

— Nad czym tak myślisz? — zapytał i w końcu popatrzył na nią tymi ogromnymi oczami.

Tęczówki Iana przyciągały wzrok i zwracały na siebie uwagę. Ona lubiła w nie patrzeć, bo były inne. Tylko w jego oczach potrafiła dostrzec czyste emocje. Tylko jego oczy zdradzały to, co działo się w środku. Niczyje inne nie mówiły jej tak wiele.

— Co zrobić — mruknęła, i przeniosła wzrok z jego twarzy na swoje dłonie. — Ian… Co ja mam zrobić? — zapytała i znowu popatrzyła mu w oczy.

Jakby szukała w nich odpowiedzi.

— Uciekaj stąd, jeśli możesz. Tu nie masz przyszłości. Nie chce, żebyś skończyła z jakimś pijakiem z kopalni, wychowując piątkę dzieci i żałując, że nie poszłaś na uniwersytet — odparł jej pewnie, a dziewczyna się zdziwiła. — Jesteś dla mnie ważna i chcę, żeby było ci jak najlepiej. Dlatego uciekaj. — Ian prawie nigdy nie podnosił głosu, a teraz aż krzyknął.

Jakby chciał, aby każde jego słowo dotarło do jej uszu w nienaruszonym stanie.

— A ty…? — zapytała po chwili.

Chłopak odetchnął głęboko i wyciągnął z kieszeni płaszcza papierosa, którego odpalił i popatrzył znowu przed siebie.

— Nie wiem. Tak samo jak ty nie wiem, ale nie kieruj się moją decyzją. Zrób to co ty chcesz. Co czujesz — odparł tylko i odetchnął głęboko. — Może uda mi się gdzieś zahaczyć. Albo zacznę studiować historię. W ogóle, wiedziałaś, że Hitler był malarzem ściennym przed wojną? — Ian zmienił nagle temat i uśmiechnął się do niej.

Dziewczyna wiedziała, że Ian nie chce już o tym rozmawiać.

Wiedziała też, że miał rację. W jej głowie urodził się plan, który chciała zrealizować.

***

Wszystko rozkwitało. Wręcz wybuchało kolorami. Niewielki ogródek za jednym z wielu domów w Manchesterze aż krzyczał zielenią.

Ona siedziała na niewielkich schodkach, z uśmiechem głaszcząc kota który ocierał się o jej nogę. W pewnym momencie usłyszała, jak ktoś wrzuca list przez otwór w drzwiach. Natychmiast wstała i podążyła do drzwi z ciekawością wymalowaną na twarzy.

Dopiero gdy usiadła na krzesełku w małej kuchni, zorientowała się, kto do niej napisał.

Uśmiechnęła się delikatnie i rozerwała kopertę. Trochę ją to zdziwiło. Przecież niebawem ruszał z zespołem w trasę. Dużo szybsze i mniej angażujące byłoby wykonanie telefonu. W końcu znał jej numer. Od kiedy wyprowadziła się z rodzinnego miasta minęło sześć lat. Siedemdziesiąt dwa miesiące, w ciągu których kiedy tylko mogła, widziała się ze swoim przyjacielem. Oczywiście, częstotliwość ich spotkań zmalała, gdy Ian się ożenił i zaczął na poważnie zajmować się muzyką.

Kiedy wyjęła z koperty list i zdjęcie Iana z córką, uśmiechnęła się. Z fotografii patrzył na nią rozpromieniony młody mężczyzna. Dawno nie widziała go w takim stanie i gdzieś w środku poczuła płomyk nadziei, że w końcu wszystko zacznie się układać.

Wiedziała o jego kłopotach z żoną, o romansie z fanką i o tym, że epilepsja dodawała mu coraz więcej zmartwień i cierpienia, ale ten uśmiechnięty Ian na zdjęciu sprawiał wrażenie, że wszystko będzie w porządku.

Dziewczyna rozłożyła list i przebiegła po nim wzrokiem. Zmarszczyła jednak po chwili brwi. Jej uwagę zwrócił jeden z wersów zapisanych ręką przyjaciela.

„Od myślenia już bardzo wielu ludzi umarło. Ja ostatnio dużo myślę.”

***

Dzień wlókł się niemiłosiernie. Dziewczyna właśnie miała brać się za zmywanie, kiedy usłyszała dzwonek telefonu. Natychmiast do niego podbiegła. Wiedziała, że Ian razem z resztą chłopaków tego dnia ruszał do Stanów w trasę koncertową. Obiecał, że zadzwoni, jak już będą na miejscu. Jednak było jeszcze za wcześnie na ten telefon.

Zawahała się. Przypomniało jej się zdanie, które Ian powiedział sześć lat wcześniej i które napisał w ostatnim liście. Poczuła lekką panikę. Bała się podnieść słuchawkę.

Zrobiła to jednak pod wpływem chwili.

— Halo…? — powiedziała cicho, krzyżując ręce na piersi.

Głos w słuchawce nie był jego głosem i sprawił, że wszystko znowu było szare. Ciężkie, smutne i przytłaczające. Zgasił też płomyk tlący się gdzieś w środku niej. Płomyk nadziei, że wszystko będzie dobrze, że uda mu się uporać z demonami, które go dręczyły. Demony jednak wygrały.

Dla Iana Curtisa.

Reklamy

6 uwag do wpisu “Nie odchodź w ciszy

    • Dokładnie, jest inspirowana. W zasadzie, pierwsza wersja była czymś, co nazywałam „Epitafium” dla Iana. Pisałam je nawet przy jednej z piosenek Joy Division. Bardzo mi miło, że to zauważyłeś. 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s