Danse Macabre

Ta noc była wyjątkowo mroczna i chłodna. Niebo zasnute ciemnymi chmurami co chwilę wylewało łzy na znajdujące się pod nimi miasto, jednak to nie zniechęcało stąpającego po mokrym bruku młodzieńca. Nogi niosły go same, a jego krok sprawiał wrażenie tanecznego. Jakby unosił się nad ziemią, nie wydając przy tym nawet najmniejszego dźwięku.

Ciemna peleryna ciągnęła się za nim niczym dym, co raz ukazując poły czerwonego materiału, którym została podszyta. Ubiór jegomościa był idealnie skrojony. Zupełnie, jakby mężczyzna urodził się po to, by go nosić. Jasne, prawie białe włosy powiewały na wietrze, a on za każdym razem odgarniał je dłonią ubraną w czarną skórzaną rękawiczkę.
Najbardziej osobliwy element stroju młodzieńca stanowiła jednak maska, która zasłaniała górną część przystojnej twarzy mężczyzny. Nie była to byle jaka maska… Wyglądała, jakby dżentelmen chowający za nią swoje oblicze, zrobił ją z kości ludzkiej czaszki. Głębokie oczodoły skrywały brązowe oczy, które okalały wyraziste i długie rzęsy. Ostre kości policzkowe zarysowywały wyraźnie twarz jegomościa, podobnie jak mocna linia szczęki. Kolor skóry mężczyzny niemalże zlewał się z bielą maski, a jedyny element odróżniający się na bladej twarzy stanowiły pełne, zaróżowione usta, wygięte w grymasie uśmiechu.

Ulice, którymi zmierzał do celu, wyglądały na wyludnione. Okna kamienic ziały mrokiem, co oznaczało, że wszyscy już spali. Gdzieniegdzie usłyszeć można było śmiechy i gwar spotkań towarzyskich. On jednak wędrował przed siebie, stukając lekko obcasami o bruk i wywołując fale na kałużach, w które zdarzało mu się czasami wejść. Nie patrzył pod nogi, bo doskonale znał drogę do celu. Prawdopodobnie, gdyby tylko musiał, trafiłby tam z zamkniętymi oczami.

Mężczyzna zacisnął mocniej palce na uchwycie futerału, który niósł i odrobinę zasłonił go peleryną. Zawartość pudła miała dla niego dużą wartość, bo często zerkał w dół, aby upewnić się, czy z bagażem nic się nie stało.

Zatrzymał się dopiero przed ogromną, ciężką bramą. Drzewa stojące za nią wzdłuż alejki poruszały się wraz z wiatrem, na co on uśmiechnął się delikatnie i zerknął na zegarek, który wyciągnął z kieszeni marynarki.

— Jeszcze za wcześnie, moje drogie… — rzucił aksamitnym szeptem i popchnął bramę, która zaskrzypiała żałośnie.

Przestąpił ją i odetchnął głęboko, aż przymykając oczy. Powietrze za bramą było inne. Pachniało mokrą ziemią, chryzantemami i woskiem. Cóż się dziwić… Za chwilę miała wybić północ wigilii dnia Wszystkich Świętych.

Cmentarz o tej porze roku i tego konkretnego dnia wyglądał niesamowicie, ale tylko nieliczni zdobywali się na to, by odwiedzić to miejsce niedługo przed wybiciem północy. Mężczyzna jednak należał do owego grona wybrańców, dla których cmentarz stawał się niemalże drugim domem.

Kiedy upewnił się, że był sam na wzgórzu cmentarnym, położył futerał na jednym z nagrobków i wyjął z niego czarne skrzypce, których główka zakończona została białą czaszką. Musnął ją palcami i jeszcze raz zerknął na kieszonkowy zegarek. W tym samym momencie zegar znajdujący się na wieży ratuszowej zaczął wybijać północ…

— Zapraszam do tańca… — powiedział cicho, a jego oczy błysnęły czerwienią.

Ułożył skrzypce na ramieniu i przytrzymał je brodą, po czym przymknął powieki i po raz pierwszy przesunął smyczkiem po strunach, wydobywając z nich dość ostry dźwięk, który kilka razy powtórzył. Nagle z nieba spadł grom w towarzystwie ogromnej błyskawicy, a ziemia pod jego stopami zatrzęsła się. Mężczyzna mruknął i kontynuował swoją melodię, a burza wzmogła się odrobinę. Deszcz jednak nie padał, a dźwięki wiatru i piorunów idealnie zgrywały się z melodią skrzypiec.

Po chwili groby rozstąpiły się. Sylwetki wyłaniały się z ich otchłani, rozpoczynając coroczny taniec. Niedługo potem kolejni martwi dołączyli ze swoimi instrumentami do melodii granej przez mężczyznę. Orkiestra rozrastała się, podobnie jak grono tańczących, którzy w jednej chwili w cudowny sposób przestali wyglądać jak chodzące trupy i zyskali pierwotny wygląd. Wygląd z czasów, gdy jeszcze cieszyli się zdrowiem i krwią płynącą radośnie w ich żyłach. Damy w pięknych sukniach dawały się prowadzić panom ubranym w idealnie skrojone stroje. Nikt nie zwracał uwagi na to, że komuś odpadła któraś z kończyn. Taniec Śmierci trwał w najlepsze, a mężczyzna stojący w samym środku tego korowodu sprawiał wrażenie zahipnotyzowanego. Stukot kości wyznaczał rytm melodii, a solista w pewnym momencie sam rzucił się do tańca, wirując ze skrzypcami jak w transie. W pewnym momencie odrzucił instrument, który złapał ktoś z tłumu. Blondyn zaczął wirować jeszcze szybciej, nie zważając na nic i zdejmując maskę.

Nagle poczuł, że ktoś złapał jego smukłą dłoń. Mężczyzna zwolnił, a gdy zorientował się, czyje palce splotły się z jego, zatrzymał się tak nagle, jak rzucił się w tłum. Milczał, wpatrując się w bladą twarz stojącej przed nim damy i dopiero po chwili skłonił się odrobinę, dając jej tym samym zaproszenie do walca. Kobieta nie wahała się zbyt długo i ujęła poły zwiewnej sukni w palce, pozwalając mu ułożyć dłoń na swojej talii i poprowadzić się w tańcu.

W jednej chwili mężczyzna zapomniał o wszystkim. Wpatrywał się w oblicze ukochanej, zapamiętując każdy szczegół jej delikatnej twarzy, mimo że znał ją tak dokładnie… Rude włosy kontrastowały z jej bladą skórą, na której gdzieniegdzie mógł dojrzeć drobne piegi. Wąskie, ale uwodzicielskie usta partnerki uśmiechały się do niego delikatnie, a zielone, puste oczy dziewczyny, w których nie było ani krztyny życia, widziały tylko jego.

Tańczyli długo, bez przerwy, pośród innych dusz, które doskonale bawiły się w rytm muzyki. Czas mijał nieubłaganie, a gdy zza horyzontu zaczęły wyłaniać się pierwsze promienie słońca, wszystko coraz to bardziej cichło. Muzyka orkiestry, stukanie kości, śmiechy i rozmowy. Wszyscy zaczęli zgodnie rozchodzić się do grobów, wracając w nicość. Tylko oni tańczyli do ostatniej możliwej chwili.

W końcu nadeszła pora i na nich. Dziewczyna zatrzymała się i popatrzyła na niego smutno. Wiedział, że tak musiało być, ale nie chciał, aby jego ukochana odchodziła. Złapał mocniej jej dłoń i bez słowa ucałował zimne wargi ukochanej, wplatając palce w jej włosy. Po chwili jednak rude pukle dziewczęcia się przerzedziły, skóra stała się szorstka i pomarszczona, a suknia, którą miała na sobie, podarta i mocno nadgryziona zębem czasu. Rudowłosa odsunęła się od niego i za chwilę jej kościste palce puściły dłoń młodzieńca, który nie otworzył oczu. Chciał zapamiętać ukochaną taką, jaka była jeszcze przed chwilą, a nie… Martwą.

Kiedy odeszła, odetchnął głęboko. Stał jeszcze chwilę bez ruchu, a gdy uniósł powieki, wszystko okazało się takie samo, jak w momencie, gdy przestąpił bramę cmentarza. Ziemia sprawiała wrażenie nienaruszonej, kamienne nagrobki znajdowały się na swoim miejscu… Wigilia dnia Wszystkich Świętych dobiegła końca, a jedyną istotą znajdującą się na wzgórzu był on.
Długo stał w miejscu, a gdy w końcu odważył się wykonać ruch, odnalazł skrzypce, które schował do futerału. Wyjął z pudła coś jeszcze. Czerwona róża zatańczyła w jego palcach, a po chwili leżała już na jednym z wielu grobów. Ten grób był jednak dla niego najistotniejszy. Pozostał moment przy miejscu spoczynku ukochanej i wolnym krokiem opuścił cmentarz. Już nigdzie się nie spieszył. Po prostu szedł przed siebie….

Reklamy